„Byłabym innym człowiekiem, gdyby nie moje dziecko”- wywiad z Panią Olgą Komorowską.

Pomimo, że wzrasta świadomość społeczeństwa dotycząca tego czym jest zespól Downa, to ludzie obarczeni tą dysfunkcją wciąż spotykają się z licznymi uprzedzeniami i brakiem zrozumienia. Wywiad, który przeprowadziłam z panią Olgą Komorowską ma na celu pokazanie problemu oczami mamy, a jednocześnie osoby zawodowo i społecznie zajmującej się tematem niepełnosprawności.

Z nauczycielem akademickim, autorką książki „Jakość życia rodzin opiekujących się dorosłą osobą z niepełnosprawnością intelektualną”, a także mamą 19- letniej Agaty z zespołem Downa rozmawia Magdalena Paszkowska.

Magdalena Paszkowska: Proszę, żeby Pani powiedziała kilka słów o sobie.

Olga Komorowska: Jestem pracownikiem dydaktyczno-naukowym na Uniwersytecie Gdańskim na wydziale Zarządzania. Moimi badawczymi dziedzinami są głównie: rodzina z osobą z niepełnosprawnością intelektualną oraz satysfakcja z pracy osób zajmujących się zawodowo osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Prowadzę również bloga, w którym ukazuję problem niepełnosprawności, byłam redaktorem naczelnym kwartalnika w Fundacji Wspierania Rozwoju „Ja też” pt.: „Moje ja też” skierowanego do osób z niepełnosprawnością intelektualną. Jestem mamą 19-letniej Agaty z zespołem Downa.

Jak powstawała książka „Jakość życia rodzin opiekujących się dorosłą osobą z niepełnosprawnością intelektualną” i skąd się wziął pomysł na nią?

Kiedy prowadziłam badania oraz działałam społecznie na rzecz rodzin z osobą niepełnosprawną, zauważyłam pewne potrzeby, nierozwiązane problemy na temat, których brakowało publikacji. Otóż dziecko jest bardziej zadbane, kiedy jest małe lub chodzi już do szkoły. Natomiast po jej ukończeniu jego sytuacja staje się trudniejsza, bo brakuje opieki instytucjonalnej. Nie ma ofert pracy, a Warsztaty Terapii Zajęciowej dysponują niedostateczną ilością miejsc. Wsparcie w tym obszarze jest małe. Chciałam nagłośnić temat, zwrócić uwagę, przyczynić się do poprawy losu osób niepełnosprawnych i ich rodzin. Poprzez moją książkę pokazuję ten problem. Mam nadzieję, że rzucony kamyczek uruchomi lawinę.

Jakie były Pani emocje, gdy dowiedziała się Pani o niepełnosprawności córki?

Agata jest wcześniakiem i ważyła 1390 gram, kiedy przyszła na świat. Usłyszałam, że powodem jej nagłego urodzenia się są złe przepływy w mózgu i to mi tak utkwiło, że płakałam dwa dni, bo nie wiedziałam co to znaczy, a córki przez ten czas nie mogłam zobaczyć.

Kiedy pojechałam na oddział wcześniaków, lekarka powiedziała mi, że Agatka ma podejrzenie zespołu Downa. Przyznam, że w pierwszej chwili odetchnęłam z ulgą „uff, to tylko zespół Downa” (o którym zresztą nie miałam wówczas pojęcia). Jednak, gdy wróciłam do pokoju popłakałam się, czułam smutek, żal, a nawet więcej- strach. Myślałam „co teraz będzie”, „o co chodzi z tym zespołem Downa”, to wszystko było dla mnie nieznane.

Wydaje mi się, że gdybym wiedziała wtedy z czym wiąże się zespół Downa oraz to, że moje dziecko będzie miało satysfakcjonującą przyszłość w Polsce, a wraz ze mną dobrą opiekę, to moja reakcja byłaby inna. Przyszły do mnie dwie pielęgniarki, jedna dała mi gazetkę do poczytania z wywiadem jakiejś mamy syna z zespołem Downa. Druga powiedziała „widzi pani, ja żyję, pracuję, cieszę się, a w domu czeka na mnie moje niepełnosprawne dziecko”. Te panie dały mi bardzo dużo otuchy na początek. Po spotkaniu wyszłam na plażę i się wypłakałam, a następnie wstałam i otrzepałam portki. To był moment, po którym wiele się zmieniło. Dziecko było wciąż w szpitalu, wiedziałam, że oprócz zespołu Downa ma wadę serca. Przyjeżdżałam do córki, wyciągano ją z inkubatora, jej ramię było jak mój palec. Kładłam ją sobie na gołą pierś, ona była tylko w pieluszce. Wtedy nawiązało się między nami jakieś połączenie, które trwa do dziś. Pamiętam z tamtego momentu moje uczucia miłości do tej małej i bezbronnej istotki. To co czułam, pokazywało mi moje ciało, bo gdy przytulałam Agatę, to mleko wypływało mi z piersi w mega dużej ilości.

Czy miała Pani jakieś obawy związane z niepełnosprawnością córki?

Nie wiedziałam co nastąpi: czy Agatka będzie mówić, a jeśli tak, to jak; na ile będzie rozumiała świat? Potem, kiedy córka była starsza te obawy się zmieniły. Zastanawiałam się, czy jak sama gdzieś pojedzie, to będzie umiała wrócić do domu. Pamiętam pierwszą rozmowę z psychologiem, która powiedziała mi, że osoby z zespołem Downa mają problem z myśleniem abstrakcyjnym. Pomyślałam, że w taki razie mogą być oszukane, nie rozumieć kwestii pieniędzy, czy nawet dowcipów. Starałam się wspomóc rozwój myślenia abstrakcyjnego u mojego dziecka, więc bawiłam się i wymyślałam różne zabawy, żeby Agatka rozumiała, że np.: pies to nie jest tylko to zwierzę, które obok leży, ma 4 nogi, ale również ja, gdy go udaję w zabawie, psa także możemy narysować i chociaż wygląda na rysunku dziwnie to wciąż jest to pies. Uznałam, że jeśli Agatka miałaby gdzieś pojechać sama i wrócić, to najpierw musi mieć poczucie sprawczości, samodzielności, orientację w terenie. Zastanawiałam się jakie kompetencje są potrzebne, żeby córka daną czynność była w stanie wykonać i ćwiczyłam z nią te umiejętności, tak aby kiedy będzie starsza poradziła sobie. Tego wszystkiego nie robiłam przy młodszym synu. W przypadku córki patrzyłam w przód, próbowałam przewidywać ewentualne trudności, starając się zawczasu im zapobiec. Nie wiedziałam bowiem jaka będzie przyszłość, a chciałam jak najlepiej. Poza tym wymyślanie zabaw z dzieckiem sprawiało mi przyjemność.

Czy pamięta Pani, czy i kiedy uczucia smutku, lęku zostały przełamane?

W moim przypadku ten największy lęk został przełamany już w pierwszych tygodniach życia córki, wówczas gdy na plaży się wypłakałam, o czym wspominałam. To jednak zależy od człowieka kiedy przejdzie okres pewnej żałoby. Jestem przekonana, że należy pozwolić sobie na smutek, nie walczyć z nim. Inaczej będziemy udowadniali, że „nie wiadomo kim jesteśmy”, a to uczucie żałoby będzie w nas siedziało i nas spalało. Nie można być tak do końca dzielną mamą czy dzielnym tatą. Kiedy Agata miała rok, poczułam się zmęczona, bo żyłam jakby tylko dziecko było na świecie. Uznałam wtedy, że tak się nie da dalej. Poszłam na studia podyplomowe i choć do dzisiejszego dnia nie okazały mi się potrzebne, to dzięki nim zaczęłam wychodzić z domu, spotykać z ludźmi. Uważam, że w tej trudnej sytuacji jaką jest opieka nad niepełnosprawnym synem czy córką koniecznie trzeba pomyśleć też o sobie, bo wypalimy się jako rodzice i to szybko. Ważne jest, żeby nie skupiać się w 100% jedynie na dziecku i nie mówić „tylko ja jestem najlepszym rehabilitantem dla mojego dziecka, tylko ja wiem czego potrzebuje i co dla niego jest najlepsze”. Jeśli tak robimy to wstawiamy naszą córkę czy syna w jakąś bańkę, w której nie pozna innych osób albo my będziemy za nie robić różne rzeczy. To z kolei spowoduje, że dziecko szybko wpadnie w tryby poddania, nie będzie samodzielne.

Czy było jakieś pozytywne zaskoczenie w rozwoju córki, coś czego się Pani nie spodziewała?

Tak, jest kilka takich rzeczy, które mnie zaskoczyły na plus. Pierwsze- to że moja córka, o której mówiono, że nie będzie przejawiać abstrakcyjnego myślenia rozumie żarty i ma poczucie humoru. Po drugie gra na pianinie, co miało być jedynie elementem rehabilitacji. Tymczasem obecnie Agata gra w zespole i dobrze sobie radzi, wczuwa się w melodię, czyta z nut. Ponadto córka potrafi być kreatywna i samodzielna, dobiera pięknie ubiór, dodatki. Matematyka to dla niej abstrakcja i nie rozumie liczb, ale pomimo słabej znajomości liczenia potrafi znaleźć wyjście z jakiejś trudnej dla niej sytuacji, np.: w sklepie.

Jak wyglądała Pani praca i czy niepełnosprawność córki przeszkadzała Pani w jakiś sposób w zawodowym rozwoju?

Agatka poszła do przedszkola dość wcześnie. Najpierw byłam zatrudniona na uczelni prywatnej, a kiedy córka skończyła 4 lata na Uniwersytecie Gdańskim. Mi nie przeszkodziła niepełnosprawność dziecka w zawodowej pracy. Nawet doktorat zrobiłam przez dwa lata. Natomiast tak się składa, że akurat ja znaczną część pracy wykonuję w domu, gdzie przygotowuję się do zajęć ze studentami i piszę artykuły naukowe. W okresie kiedy Agatka była młodsza bardzo pomagała mi babcia. Brała ona dzieci na spacery czy dłuższy weekend, więc miałam czas, żeby porobić coś związanego z pracą zawodową. Wydaje mi się, że bez wsparcia z zewnątrz może być trudne to do zorganizowania, choć nie niemożliwe.

Czy są jakieś wartości, które Pani odkryła dzięki córce?

Dużo, bardzo dużo ich jest. Myślę, że byłabym dzisiaj zupełnie innym człowiekiem, gdyby nie Agata, bo ja dzięki temu wszystkiemu co się zadziało zobaczyłam ile jest wokół nas dobra. Jak ludzie pomagają sobie nawzajem bez tego, że coś chcą w zamian. W rodzicach jest czasem duża siła, zakładają fundacje, stowarzyszenia; ileż oni robią. Osoba niepełnosprawna jest w jakimś stopniu słabsza w różnych aspektach. Odkryłam w sobie, że nie zwracam uwagi na te słabsze elementy w człowieku tylko na jego mocne strony i to właśnie je chcę wspierać. W ogóle nie przeszkadza mi, że Agatka nie rozumie matematyki. Nie siedzę z nią i nie „stukam”, ani ona się nie nauczy tych wszystkich obliczeń, po nic jej to w życiu, jest kalkulator. Córka ma wiedzieć jak sobie poradzić w sytuacji, gdy na przykład zabraknie jej pieniędzy w sklepie, nauczyć się, że są różne ścieżki rozwiązywania problemów. Nie trzeba mieć IQ na poziomie 130, żeby fajnie żyć i cieszyć się. Dzięki swojej niepełnosprawnej córce nauczyłam się też kobiecości, wszędzie to powtarzam, bo Agata jest bardzo kobieca i pokazała mi, że to jest fajnie być taką delikatną kobietą. Nauczyłam się też bycia „tu i teraz”, cierpliwości, a także przewidywać i zaplanować, żeby mieć więcej czasu na daną czynność, bo Agata bywa powolna, a ja nie chcę być wredną matką, która będzie gadać jak jędza ani też robić coś za nią.

Czy według Pani społeczeństwo ma prawdziwy obraz osób z zespołem Downa, czy należy go zmieniać?

Myślę, że do niedawna ten obraz był niewłaściwy. Bardzo dużo zmienił program TV „Down the Road”. Pokazał, że ludzie z zespołem Downa to osoby, które mają swoje marzenia, lęki, ale i silne strony. Jednak trzeba mieć świadomość, że uczestnicy „Down the Road” to te osoby z zespołem Downa, które lepiej funkcjonują, a jest wiele takich, które sobie słabiej radzą. Dlatego trzeba pokazywać ludzi z różnymi dysfunkcjami, umiejętnością patrzenia na świat. Ważne jest, żeby społeczeństwo zaakceptowało, a raczej włączyło do siebie osoby niepełnosprawne. Mam przekonanie, że gdyby jakaś matka urodziła dziecko z zespołem Downa w społeczeństwie, które uznawałoby, że człowiek niepełnosprawny jest tak samo wartościowy jak ten zdrowy, to ona wtedy, by się nie przejęła dysfunkcją swojego dziecka. Wiedziałaby, że wyjdzie z nim do piaskownicy czy przedszkola i nie będzie dziwnych spojrzeń. Takiemu rodzicowi towarzyszyłyby inne odczucia po urodzeniu dziecka z zespołem Downa. Pewnie przeżywałby jakąś żałobę, bo chciałoby się mieć dziecko pełnosprawne, które pójdzie na Uniwersytet, otrzyma Nobla w ekonomii. Oczywiście ja to przejaskrawiam, ale też po to, żeby pokazać, że rodzicom, którzy spotykaliby się z pełnym zrozumieniem i akceptacją społeczną ich dziecka byłoby dużo łatwiej, pomimo, że nie spełnia ono tych oczekiwań jakie mieli.

Co powiedziałaby Pani innym rodzicom, którzy dowiedzieli się, że ich dziecko ma zespół Downa?

Zaakceptuj swoje dziecko oraz siebie. Nie mówiłabym, że będzie wszystko dobrze, ponieważ różnie mogą potoczyć się losy. Po prostu zaakceptuj dziecko takie jakie jest i siebie taką jaką jesteś mamą czy tatą. Bo rodzice mają często wyrzuty sumienia, że nie robią wszystkiego i za mało próbują różnych terapii dla swojego dziecka, których jest wiele. Powiedziałabym też, żeby znajdować pozytywne rzeczy w swoim dziecku i je notować „w tym dniu się uśmiechnęło, w innym chwyciło mnie za palec”, bo to buduje nas oraz dziecko. Mówi się, że osoby z zespołem Downa są wrażliwe, a także mocno odczuwają świat. To prawda. Są bardzo wrażliwe i fajnie się rozwijają, kiedy czują, że są akceptowane.

Dziękuję za rozmowę.

                                                                                        Magdalena Paszkowska

Ilustracja – źródło Internet.

PSYCHOLOGICZNE ASPEKTY OGRODU. Rozważania.

A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka (…) wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące […]”

Najstarsze, starotestamentowe wzmianki dotyczą krainy szczęśliwości, która znajdowała się w ogrodzie. Z jakiś powodów to miejsce jest archetypem błogostanu i osiągniętej pełni, symbolem zrozumiałym dla większości ludzi. Można zadać sobie pytanie: dlaczego kraina szczęścia nie została umiejscowiona na obszarach równie pięknych: w górach, nad morzem, wśród jezior, w lesie? Dlaczego właśnie ogród stał się rajem, w którym człowiek przeżywał pełnię?

Większość ludzi nosi wspomnienie lub wyobrażenie jakiegoś ogrodu. Kawałek pokrytej roślinami ziemi, na którym jako dziecko obserwowało się brązowe mrówki i spacerujące gąsienice; brało do ręki biedronki albo próbowało złapać motyla. Rosły truskawki, porzeczki lub jabłoń, kwiaty roztaczały swoje zapachy. Było parno, środek dnia lub letni wieczór. Wisiał hamak, stała huśtawka, czy leżak i ogrodowy parasol. Biegały psy, przechadzały się koty. Człowiek pamięta nawet źdźbła traw, smak truskawek i kolory, a zapach kwiatu nagle przenosi go we wspomnieniach do dzieciństwa.

Ogród w ludzkich wyobrażeniach jest nie tylko konkretny, czyli taki, który ktoś zna i widział, ale w dużej mierze jest on pojęciem uniwersalnym. Ten, czasem niewielki obszar ziemi, symbolizuje to co najlepsze. Nieprzypadkowo właśnie w ogrodzie mieścił się raj.

Pokusiłam się o zestawienie jego osobliwych atrybutów, które przedstawiam poniżej:

1. Ogród karmi.

I do tego nie byle jak, ale smacznie, zdrowo, urozmaicenie. Rosną w nim owoce i warzywa. Podane w sposób estetyczny, jakby sama natura zapraszała do „stołu” oferując swoje bogactwo. Ogród karmi nie tylko ciało, ale i ducha. Jest pożywką dla oczu. Odcienie zielonego przynoszą spokój i wytchnienie. Kolory przyrody, kwiatów, motyli budzą pozytywne skojarzenia. Niebieski przywodzi na myśl morze, wakacje, odpoczynek; czerwony- miłość, ogień, królewskie dostojeństwo, żółty- radość, słońce i lato.

2. Ogród leczy.

Rosną w nim rośliny zapobiegające chorobom i przywracające zdrowie. Już średniowieczni mnisi uprawiali zioła w przyklasztornych ogródkach. Oprócz utrzymywania człowieka w kondycji fizycznej, miejsce to pozytywnie oddziałuje na różne aspekty psychiki: uczucia i emocje, wyobraźnię, osobowość, procesy poznawcze, pamięć. Uprawianie ogródka może stać się pasją i hobby, nadać cel w życiu. Przebywanie wśród zieleni poprawia nastrój. Odpowiednio dobrane rośliny oczyszczają powietrze, a śpiew ptaków i szum wody przynoszą ukojenie.

3. Ogród uwzględnia indywidualność.

Dzięki różnorodności jaką ogród oferuje, każdy może znaleźć coś dla siebie: kwiaty, owoce, warzywa. To co kto lubi, ile chce przeznaczyć czasu na prace w ogrodzie i w zależności od umiejętności ogrodniczych jakimi dysponuje. Dobór odpowiednich roślin jest bardzo rozległy. Pragmatyk, może założyć ogródek warzywny, ten który pragnie wiejskiej atmosfery – łąkę. Można zasadzić drzewa i krzewy, których owoce się preferuje: jabłka, gruszki, wiśnie, agrest, porzeczki i wiele innych. To decyzja człowieka, zależna od jego gustu i indywidualnych preferencji.Każdy ogród jest unikatowy, ma swój niepowtarzalny zapach, kolory i mieszkańców, którzy osiedlili się w tym konkretnym miejscu: owady, ptaki oraz zwierzęta.

4. Ogród jest tworzony przez człowieka.

Ogród odzwierciedla to jaki jest człowiek, który go założył. Daje możliwość własnej aranżacji i wykreowanie takiego miejsca jakie chce on w nim widzieć. Oprócz zasadzeń i wody, obszar ten może zapełnić budowlami, altanami, siedziskami, rzeźbami, dekoracjami. Użyć różnorodnych materiałów: kamienia, drewna, metalu. Ogród ukazuje sposób przeżywania przez człowieka siebie samego i świata. Pragmatycy często uprawiają warzywa, osoby zorganizowane – uporządkowane działki o regularnych grządkach, a ludzie o nastawieniu artystycznym zakładają łąki z dużą ilością kolorowych kwiatów. Ogród jest żywym i wciąż zmieniającym się obrazem. Pokazuje istotną część prawdy o człowieku, który go tworzy.

5. Ogród uczy i rozwija.

Poprzez dbanie o kawałek ziemi człowiek zdobywa i pogłębia wiedzę o przyrodzie, poznaje nowe gatunki roślin, ich potrzeby i specyfikę dotyczącą pielęgnowania. Ogród wydobywa z człowieka pozytywne cechy. Rozwija umiejętność dawania, poświęcenia własnej wygody, dbania o innych, a także poczucie odpowiedzialności, pracowitość oraz wytrwałość i cierpliwość. Człowiek jest dumny, gdy roślina, którą zasadził rozkwitła bądź wydała owoce. Otrzymuje wtedy sygnał o własnej skuteczności i dobrze wykonanym zadaniu. Jednak nie każda roślina wyrośnie, wpływ mają na to warunki klimatyczne i glebowe, a ten fakt z kolei wykształca postawę pokory wobec przyrody. W ogrodzie dokonuje się wzrost, rozwój oraz obumieranie. Jest to miejsce, w którym można obserwować stałe elementy życia i zmiany. Z kolei zestawienia kolorów, światłocień, kompozycja dostarczają doznań estetycznych i rozwijają wrażliwość artystyczną. Człowiek może dzielić się z innymi swoim ogrodem; wiedzą, którą w nim zdobył i wspólnie spędzanym czasem. Sadząc kwiaty, drzewa oraz wprowadzając wodę zaprasza pszczoły, inne owady i ptaki.

6. Ogród i człowiek to „relacja”.

Człowiek kształtuje ogród, ale sam też jest przez niego kształtowany. Nie jest tylko biernym odbiorcą czy obserwatorem, razem na siebie oddziałują.Ogród pozostawiony sam sobie, dziczeje i staje się zaniedbany. Jednak, gdy poświęca mu się czas, pracę, dba o niego i dostarcza czego potrzebuje, wtedy rozkwita, a i inne stworzenia znajdują w nim swoje miejsce. Podobnie jak z życiem człowieka.


Artykuł: Magdalena Paszkowska, kwiecień 2020

Ilustracja grafika: Grzegorz Adamski- Soja

Zdjęcie: Konrad Paszkowski

NIEKIEDY WYSTARCZĄ MAŁE GESTY. O depresji u dzieci.


Depresja… jak często słyszymy to słowo. Wypowiadają je lekarze, nauczyciele, artyści. Co pewien czas dociera do nas, że choroba ta kogoś dotknęła.

Zachorować może każdy. Niegdyś uważano „każdy”, ale nie dziecko. Ze względu na specyfikę tego okresu rozwojowego depresja objawia się inaczej u nieletnich, a inaczej u dorosłych.

Młodemu człowiekowi trudniej jest nazwać to co czuje, więcej manifestuje swoim zachowaniem, również tym negatywnym.

Bywa krnąbrne, zbuntowane, zmienne. Często ujawnia poczucie krzywdy i odrzucenia „nikt mnie nie kocha”; niskie poczucie własnej wartości „jestem do niczego” i negatywne zdanie o świecie „świat jest zły”. Depresja dziecięca wyraża się nieco inaczej niż u dorosłych. Obecnie wiemy, że dzieci też chorują.

Szacuje się, że depresja dotyka:

  • 2% dzieci w szkole podstawowej
  • 4-8 % nastolatków w wieku 13-18 lat, przy czym w tej grupie notuje się dwukrotnie więcej dziewcząt
    oraz wysokie tendencje wzrostowe
  • 0,3 % dzieci w wieku przedszkolnym

Negatywne myślenie o sobie samym, świecie i przyszłości to tzw.: triada Becka. Czasem choremu wydaje się, że najlepsze dla niego i innych jest skończyć z koszmarem jakim jest jego życie. Zdarza się, że myśl tą próbuje wcielić w czyn…

Dlatego tak ważne jest, aby w otoczeniu chorego znalazł się ktoś kto zauważy niepokojące sygnały i odpowiednio zareaguje. Przeżywane cierpienie poddaje się bowiem leczeniu farmakologicznemu. Towarzyszącą formą pomocy jest również psychoterapia.

Czy jest coś jeszcze co każdy z nas może zrobić?

Jest.

Profilaktyka oraz świadomość, że w jakimś obszarze każdy – jako rodzic, wychowawca czy kolega, jest odpowiedzialny za to co się dzieje z drugim człowiekiem.Nasz niewłaściwy stosunek, brak empatii czy zwykła wygoda mogą być kolejną cegiełką, która przyczynia się do rozwoju choroby. Z kolei właściwa reakcja, okazane współczucie, wyciągnięta dłoń bywają tym co przerywa łańcuch negatywnych zdarzeń.Niekiedy wystarczą małe gesty, aby pomóc człowiekowi.

Oprac. Magdalena Paszkowska; kwiecień, 2019

Ilustracja szkic: Grzegorz Adamski- Soja

Zdjęcia: Konrad Paszkowski

DORASTANIE. W którą pójść stronę?

Dorastanie- czas pomiędzy dzieciństwem, a dorosłością. Pewien odcinek drogi jaką przebywa człowiek z jednego punktu do drugiego. Od zależności ku niezależności, od niesamodzielności do samodzielności. To proces uczenia się odpowiedzialności, przemiana w osobę, która dba o siebie i innych.

Autonomia

W okresie dorastania młody człowiek zdobywa coraz większą autonomię. Aby uzyskać zdolność do samostanowienia musi dokonać się jego separacja od rodziców, opiekunów, wychowawców, polegająca na psychicznym oddaleniu się od nich. Wiąże się to z wyborami, czasami niewłaściwymi, mierzeniem się z nowymi sytuacjami. Okres ten jest trudny dla nastolatka i rodzica. Ustalają się na nowo relacje pomiędzy dwiema stronami.

Targani emocjami (żalem za tym co mija, złością, tęsknotą za dzieciństwem, strachem przed tym co nieznane) i niezrozumieniem, można przeoczyć to co ważne. Tymczasem swoista separacja pomiędzy bliskimi sobie osobami, następuje po to, aby młody człowiek mógł zrobić krok w dorosłość. Ta forma psychologicznego rozstania się, zmiana we wzajemnych relacjach powoduje, że młody człowiek stopniowo uzyskuje autonomię.

Konsekwencje

Jedna z istotnych różnic pomiędzy dzieciństwem, a dorosłością dotyczy tego kto ponosi konsekwencje za dany czyn. W przypadku dziecka ostateczne skutki jego postępowania spadają na rodziców. Jednak w miarę uzyskiwania dojrzałości, młody człowiek podejmuje coraz poważniejsze decyzje, a wraz z nimi przyjmuje coraz większe konsekwencje. Rolą rodziców jest towarzyszenie dziecku podczas tej drogi i powierzanie spraw do rozwiązania o stopniu złożoności adekwatnym dla wieku i możliwości młodego człowieka. Ważne jest, aby umieć to wyważyć. Jeśli trudność jest niewspółmierna względem umiejętności nastolatka do jej pokonania, wówczas stanowi zbyt duży balast, z którym on sobie nie poradzi. Ciągłe porażki wzmagają poczucie bezradności i wywołują przekonanie co do własnej nieskuteczności. Z drugiej strony nadmierne chronienie, wyręczanie dziecka i niepowierzanie mu spraw, które jest w stanie rozwiązać, kształtuje postawę bierności, niewiary w swoje możliwości oraz powoduje niechęć do brania odpowiedzialności.

Wychowanie

Troską większości rodziców jest, aby ich dziecko dokonywało właściwych wyborów, „nie wpadło w złe towarzystwo”, uzależnienie, było szczęśliwe. Co można zrobić, aby uchronić dorastającego syna, czy córkę?

Nie ma gwarancji na to, jak potoczą się losy człowieka. Jednak posiadamy narzędzie. Wychowanie dziecka i wspólne życie od jego maleńkości do dorosłości to czas, który mamy, aby przekazać synowi czy córce odpowiednią perspektywę. Pozwoli ona wybierać dziecku to co właściwe. Zawierają się w niej: wartości i normy. Dzięki nim, człowiek wie jak postępować.

Proces internalizacji norm i wartości, czyli ich uwewnętrznienia i przyjęcia za własne, jest złożony. Wpływają na to czynniki tj.: cechy osobowości, temperament, specyfika relacji rodzinnych, autorytet rodziców i prezentowany przez nich wzorzec wartości.

Wartości i normy

Normy to przekonania w formie nakazów i zakazów regulujących zachowania w różnych aspektach życia człowieka.

Wartości to cechy, zachowania pożądane przez człowieka lub społeczeństwo.

Obrazowo można normy przedstawić jako ogrodzenie, którego nie należy przeskakiwać. Niektóre normy zmieniają się z wiekiem (np.: nie rozmawiaj z obcymi), inne pozostają niezmienne (np.: nie krzywdź nikogo).

Wartości można przyrównać do skarbów w skrzyni, po które człowiek sięga, gdy przyjdzie potrzeba. Większość osób nie ma problemu z wymienieniem co jest dla nich wartością (miłość, dobro, współczucie, rodzina, przyjaźń itd.), ale z realizacją już tak. Wybory jakich nastolatek będzie dokonywał w życiu zależą od wartości i norm, które uwewnętrznił.

Wkraczając w dorosłość młody człowiek powinien wiedzieć, że etap ten oznacza: większą swobodę, ale także odpowiedzialność; wybory, w którą stronę iść i skutki ich ponoszenia.

Rodzic przekazuje swojemu dziecku wartości i normy- drogowskazy, które wyznaczają kierunek w dorosłym życiu.

Artykuł: Magdalena Paszkowska; grudzień 2019

Ilustracja grafika: Grzegorz Adamski- Soja

Zdjęcie: Konrad Paszkowski